Sandały

Zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Mt 11, 25 – 27

Zdałem sobie dziś sprawę, że aby stać się człowiekiem prostym, brakują mi całe lata świetlne. Jezus nazywa to też inaczej: Jeśli nie staniecie się jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa Bożego. Być człowiekiem prostym, być jak dziecko…

Oczywiście nie chodzi ani o prostactwo, ani infantylizm. Chodzi o postawę, w której staję przed Bogiem dokładnie taki, jaki jestem. Bez wybielania, bez usprawiedliwiania siebie, ale również bez potępiania czy dramatyzowania. Stanąć przed Bogiem dokładnie taki, jaki jestem. Dziecko na początku takie właśnie jest. Ono później, w procesie wychowania i socjalizacji uczy się tego co wypada, a co nie, co powinno się robić, a co nie. Uczy się kalkulowania, kombinowania i plątania swojego życia, wikłania się w różne zależności, manipulacje, itp. Kiedy to sobie uświadomiłem, to poczułem, jak bardzo jestem poplątany i skomplikowany. I może nie jest to takie najgorsze. Najgorsze jest to, że robię z tego temat tabu – ani przed samym sobą się do tego nie przyznaję, ani przed Bogiem nie staję z tym w szczerości i prawdzie.

Bóg swoje tajemnice pokazuje ludziom prostym, którzy w swojej szczerości i prostolinijności stają przed Nim jak dzieci przed swoim Ojcem. Ojciec nie potępia, kiedy zrobimy źle, nie wyśmiewa i nie krytykuje, gdy coś nie wyjdzie. Ojciec nie odwraca się od nas, gdy pobłądzimy, nie osądza naszych błędnych czasem decyzji i wyborów. Taki jest Ojciec Niebieski. Ludzie niestety tacy nie są wobec nas. Ale ponieważ od ludzi uczymy się życia, oni są naszymi nauczycielami, więc doświadczając odrzucenia, potępienia czy wyśmiania od ludzi – boimy się, że Bóg tak samo zareaguje na nasze słabości, grzechy, bezsilność, nędzę. I przestajemy być prostolinijny, przestajemy być szczerzy. Przepuszczamy przez filtry to, co chcemy mówić Bogu o sobie i swoim życiu. Tracimy przez to naszą dziecięcą ufność.

W tym duchu odczytałem dzisiaj tekst o spotkaniu Mojżesza z Bogiem, ukrytym w gorejącym krzaku (Wj 3, 1 – 6. 9 – 12). To, co najbardziej mnie poruszyło, to polecenie Boga, by Mojżesz zdjął sandały. Pewnie dlatego, że tego wymaga świętość Boga. Ale czy tylko to? Sandały chronią nasze stopy przed skaleczeniem, przed kamieniami i niewygodami drogi. Są – krótko mówią – zabezpieczeniem. Pomyślałem o tym, że Bóg pragnie, by Mojżesz stanął przed Nim dokładnie taki, jaki jest. I przypomniało mi się coś jeszcze – Piotr, który w Wieczerniku wzbrania się, by Jezus umył mu nogi. Bo nogi mają kontakt z ziemią, a więc najbardziej się brudzą, chwytają kurz i błoto. A przecież ja nie chcę Bogu pokazywać błota mojego życia, nie chcę Mu pokazywać mojego brudu, grzechu, słabości i nędzy.

Tymczasem by stanąć przed Bogiem trzeba zdjąć sandały. Na tym, według mnie, polega prostota, o której mówi dziś Jezus. Stanąć przed Nim dokładnie taki, jaki jestem. Bez zabezpieczeń, bez masek, bez usprawiedliwiania się czy wybielania. Wtedy pozwolę się Bogu kochać z moją nędzą i słabością. Wtedy Jezus będzie we mnie wychwalał Ojca za to, że tajemnice Królestwa objawia prostaczkom.

Jestem zbyt skomplikowany i uwikłany, by być prostaczkiem. Panie, proszę Cię, zdejmij moje sandały! Chcę stanąć przed Tobą dokładnie taki, jaki jestem!

1 Comment

  1. Beata
    17 lipiec, 2013

    Sandały oznaczają człowieka wolnego.Czy nie jest też tak,że przez ściągnięcie sandałów oddaję moją wolność Bogu?
    Zgadzam się wreszcie by On mną kierował?

Submit a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przejdź do paska narzędzi