Miłujcie… błogosławcie…

Miłujcie waszych nieprzyjaciół… błogosławcie tym, którzy was przeklinają… Łk 6, 27 – 38

Błogosławić wszystkich. Niezależnie od tego, co zrobili, albo czego nie zrobili. Ktoś zajeżdża mi drogę samochodem, stwarza zagrożenie dla mojego zdrowia, życia… mam go błogosławić? Bo pierwsza reakcja, zdrowa i naturalna, to gniew, złość. Tylko czy tym jednym, co zrobił, mam przekreślać całego człowieka? Zauważyłem, że emocje mają taką tendecję do widzenia wszystkiego w sposób „totalny”. Wystarczy, że ktoś mi coś zrobi niemiłego, a emocje mi mówią „on jest zły”. Ale jak to? Zaraz… cały jest zły? Nie! On tylko zrobił coś pojedynczego, mogę z nim o tym porozmawiać, mogę wyrazić swoje uczucia, ale żeby zaraz wyrabiać sobie o nim tak kategoryczny sąd?

Uczę się tego, by błogosławić wszystkich. Ktoś mnie zdenerwuje… błogosławię go. Coś pójdzie nie po mojej myśli… błogosławię. Ktoś coś zawalił i narobił mi dodatkowej roboty… błogosławię. Mogę mieć różne emocje, nawet te odczuwane jako negatywne. Ale błogosławienie pozwala mi nad nimi panować. Błogosławienie prowadzi mnie do miłości… nawet nieprzyjaciół. Bo w sumie przyjaciół to łatwo kochać. A miłość to wysiłek.

Miłować nieprzyjaciół. Zdarza się tak (wcale nierzadko), że moim największym nieprzyjacielem… jestem ja sam. Kiedy siebie nie lubię, nie cierpię wręcz albo nawet nienawidzę. Kiedy uważam, że wszystko robię źle, nie tak, że jestem do niczego. Kiedy w takich momentach czuję potrzebę ukarania siebie, pognębienia, dowalenia sobie. Tylko czy to nie jest kopanie leżącego? Skoro mam miłować nieprzyjaciół, błogosławić wszystkich, modlić się za wszystkich… czy tak samo nie powinienem potraktować siebie samego? Kiedy leżę, powalony na ziemię przez zło, grzech, słabość, nieumiejętność… potrzebuję wyciągnąć do siebie rękę i pomóc sobie wstać. Nie kopać, nie nienawidzić. Przyjąć siebie, pokochać, pomóc wstać. Inaczej to przykazanie Jezusa nigdy się we mnie nie spełni.

Panie Jezu, nie zawsze tak potrafię, ale chcę naśladować Ciebie w przebaczaniu, w błogosławieniu, miłowaniu wszystkich (ze szczególnym uwzględnieniem siebie samego). Nie chcę, by emocje brały górę, lecz by przebaczenie i błogosławienie nad nimi panowały. Naucz mnie chodzić po wodzie, bo tak kochać jest bardzo trudno. Niech Twoje słowa głęboko wyryją się w mojej duszy i ciągle mnie przemieniają w Ciebie: „Miłujcie waszych nieprzyjaciół, czyńcie dobrze i pożyczajcie, niczego się za to nie spodziewając. A wasza nagroda będzie wielka i będziecie synami Najwyższego, ponieważ On jest dobry dla niewdzięcznych i złych. Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny.”

2 komentarze

  1. Majka
    25 wrz., 2012

    Zdziwiłam się, jak bardzo te słowa zapadły mi w pamięć. Przypomniały się ostatnio dość niespodziewanie, w sytuacji w której normalnie zrobiłabym awanturę. Tym razem udało się inaczej 🙂

  2. Kinga
    13 wrz., 2012

    Ostatnio przyłapałam się na tym, że kilka dni po tym jak krytykowałam nieprzyjazną postawę znajomego względem drugiej osoby, sama z niechęcią i dużym wycofaniem potraktowałam inną…
    Miłować i błogosławić wszystkich i w każdej sytuacji nie jest łatwo… Myślę też, iż dużo prawdy jest w tym, że największym i najtrudniejszym nieprzyjacielem do szczerej miłości jesteśmy sami dla siebie… I chyba właśnie za każdą nienawiścią, urazą, przeklinaniem drugiego, a także za ostrym krytykowaniem innych za ich podobną „niechrześcijańską” postawę kryje się właśnie brak miłości względem siebie, brak miłości w sobie… Bo w prawdziwej miłości nie ma miejsca na zemstę, zawiść, nienawiść. Po prostu nie ma…
    Tylko, że prawdziwa miłość to walka, wysiłek… Prawdziwa miłość kosztuje… A ja wolę czasem tę łatwą imitację miłości, która tak lubi sobie odpuszczać, na coś przymknąć oko, która potrafi być chwilami tak bezlitosna względem mnie samej i tych, którzy mnie otaczają.
    „Naucz mnie Panie chodzić po wodzie” … Tak, Panie, sama z siebie kocham Ciebie, siebie samą i bliźnich miłością karykaturalną, fałszywą. Nie potrafię szczerze miłować, przebaczać… Ale Ty Boże jesteś Miłością! Ty masz moc przemienić moje serce, pokazać i nauczyć mnie prawdziwej miłości. Tej, o której tak pięknie do Koryntian pisze Paweł, która jest cierpliwa, łaskawa, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego, wszystko przetrzyma i nigdy nie ustaje. Obym była tak miłosierna jak Ty, mój kochany Ojcze w niebie! Obym pozwoliła kochać Tobie we mnie! (bo inaczej to się nie da…)

Submit a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przejdź do paska narzędzi